Miejsce? Plaża. Czas? Późny wieczór kilka dni temu, ciemno jak cholera. Gdyby nie światła na ulicach pewnie nie bylibyśmy w stanie dotrzeć gdziekolwiek. Patrze nad siebie i widze mase gwiazd – normalne, ale okrutnie przytłaczające. Niby pusto. Istniejemy jedynie my czy oni też? Jak się mają? Możliwe żeby tam istniało najwyżej nic? Dialog prowadzony pseudonaukowym językiem oraz krzyki. To my, a Wy? Jakiej muzyki słuchacie?!
Ostatnio wracam do rzeczy, które kiedyś usłyszane zrobiły na mnie duże wrażenie… przynajmniej istotne na tyle, żebym dalej o tym pamiętał, chociaż w rezultacie stanowił jedynie wstęp do czegoś ciekawszego.
W 1998 roku zafascynowany filmem “Small Soldiers” (nie ambitnym w żaden szczególny sposób) nabyłem w lokalnym sklepie muzycznym kasetę magnetofonową zawierającą ścieżke dźwiekową do tego obrazu – chociaż bardziej traktując ją jako gadżet związany z nim. 10 utworów skupiających się głównie w okolicy rapu i rocka, które dalej wywołują na mnie ta samą reakcje co za pierwszym przesłuchaniem – poprostu wow. Prawdziwy wierzchołek góry lodowej, którą odkryłem dopiero po puszczeniu tej kasety u ojca. Powiedział mi wtedy, że słucham teraz tego co on X lat temu… prawie – to były remixy! Odświeżone hity min. Queen‘a (Another One Bites the Dust tym razem z Wyclefem), The Cult (Love Removal Machine), E. Starr‘a (War w oryginale i wersji Bone Thugs n Harmony), Cheap Trick (energiczny Surrender) oraz – dalej wywołujący u mnie dreszcz emocji – genialny Tom Sawyer (The Rush). Kaseta ta stała się początkiem mojego zainteresowania muzyką (teraz prawie zboczenia, heh) – wtedy głównie rockiem.
Szybko pojawił się w moim życiu kolejny świetny soundtrack tym razem z filmu “Batman & Robin” (także na kasecie, heh) gdzie poraz pierwszy usłyszałem grupy: Moloko (ich późniejszy singiel Sing It Back stał się ogromnym sukcesem), Arkarna (wydali tylko jedna płytę – Fresh Meat, eh… właśnie jej słucham) i Underworld (miażdżący Moaner), które były czymś, co poszerzyło moje horyzonty o muzykę elektroniczną (pisząc ogólnie). Ta ostatnia popchneła mnie jeszcze dalej – za niesamowitym Born Slippy trafiłem na film “Trainspotting”, którego dwu płytowa ścieżka dźwiękowa była prawdziwą kopalnia świetnych dźwięków (a sam film otworzył mi też oczy na coś innego).
Był to koniec mojego bezmyslnego przyswajania muzyki, którą karmiła mnie telewizja (wtedy viva głównie, rzadziej mtv) i radio. Zaczełem szukać muzyki, która zawierała w sobie coś nowego – nie ograniczałem sie do jednego gatunku, chociaż długo trzymałem się z dala od polskiego rapu (sytuacja ta się zmieniła 3[?] lata poźniej jak usłyszałęm [najpierw] Jestem Bogiem, Paktofoniki a następnie 30 cm Fisza). Oczywiście taka była moja wersja, a to co robiłem było prostym dążeniem do znaleźienia tego, co jeszcze nie było oklepane w moim środowisku, kolekcjonowaniem głównie przypadkowych mp3 (mimo wszystko stanowiło to dobry start).
W którymś momencie nabrało to trochę harmonii – czytałem na temat muzyki, artystów, wystartowałem ze zbieraniem płyt (całych albumów) i zapisałem się nawet na lekcje gry na klawiszach z których po pierwszej godzinie zrezygnowałem (wiecej przyjemnośći dawało mi układanie sampli w programie [ejay] znalezionym na płycie dołączonej do któregoś numeru magazynu techno party, heh). Internet stał się głównym źródłem z którego czerpałem nazwy grup czy wykonawców – przeglądałem fora związane z konkretnymi gatunkami (te ogólne też), różne chartsy oraz nieco później zasoby muzyczne amazonu i serwis launch na yahoo. Ten ostatni posiadał moduł, kóry po wpisaniu nazwy grupy lub artysty podawał podobne propozycje (często średnio trafnie, ale nie ważne – w ten sposób na dużo ciekawych rzeczy trafiłem… przez przypadek).
A teraz? Jest w porządku, zyskałem troche czasu – piję herbatę, słucham muzyki i odpoczywam. Poczekam na śnieg.
